Friday, 3 March 2017

Czwartek

Spędzony samotnie w czterech ścianach. Mam tak, że od czasu do czasu muszę się zaszyć. Tak, odczuwam z tego powodu wyrzuty sumienia. Zwłaszcza kiedy jest piękna pogoda. Lub kiedy wiąże się to odmówieniem komuś spotkania.

Wiem też, ze muszę się pilnować. Jeżeli mam zaplanowane jedno spotkanie towarzyskie w sobotę i jeszcze kawę z dziewczynami w niedzielę, to oddycham z ulgą kiedy kolejne spotkanie zostaje przeniesione z poniedziałku na czwartek. Taką mam już naturę. Spotykanie się z ludźmi jest dla mnie męczące. Bardzo lubię ludzi. Czekam zawsze z podekscytowaniem na głębokie rozmowy, najlepiej w niewielkim gronie. Jednak nie mogę zapominać, ze muszę ostro kalkulować ile jestem w stanie wydatkować energii.

Ja nie chadzam, a przynajmniej od kiedy jestem tego świadoma, to staram się nie chadzać, na zwyczajne kawy, kolacje, spacery, czy video rozmowy na skype. Zazwyczaj kończą się dla mnie rozczarowaniem. Skoro wiem, że każde takie spotkanie to dla mnie wydatek energetyczny, to staram się wybierać tylko te, które uważam za naprawdę wyjątkowe. A co jest moim kryterium wyjątkowości? Ludzie? Miejsce? Aktywność?

Długo nie mogłam zrozumieć różnicy pomiędzy mną, a moją przyjaciółka. Podczas kiedy jej było to obojętne czy wokoło ktoś się kręci czy nie, i wręcz czasem o tę obecność zabiegała, to dla mnie bycie z kimś bez przerwy było bardzo frustrujące. Nie muszę chyba dodawać, że dyskomfort wzrastał wprost proporcjonalnie do ilości osób w pobliżu.

Dlaczego się tak dzieje? Oczywiście, nie chcę generalizować. Każdy czasem potrzebuje chwili wytchnienia w samotności i każdy czasem potrzebuje obok drugiej osoby. Tylko czy każdy, tak samo jak ja, tę osobę obok utożsamia z realizowaniem poczucia bliskości? Oj chyba nie. Ekstrawertycy nie na darmo maja mnóstwo określeń na socjalizowanie się.

„lets hang out”
„lets grab a beer”
„wyskoczmy na drinka”
„wpadnij do mnie”

Spotkania są po prostu towarzyskimi spotkaniami, jakich odbywa się tysiące w ciągu swojego życia. Są tematem do rozmów przez kilka pierwszych dni i odchodzą w niepamięć. Z biegiem czasu zauważyłam, że bardzo mi to nie odpowiada; że zawsze szukam jakichś długofalowych korzyści kiedy spotykam się z innymi. Po odkryciu, że po pierwsze - kosztuje mnie to mnóstwo energii, po drugie - nieczęsto wyprowadza z emocjonalnej równowagi oraz po trzecie - zagłusza moje poczucie świadomości, stwierdziłam, że jest to sprawiedliwe podejście do tematu. Skoro tyle w to inwestuję, to moje oczekiwania maja prawo być wysokie. Z drugiej strony, dla kogoś kto ma ochotę jedynie wspólnie się poszwendać, moja potrzeba wyjścia poza small talk może być irytująca czy wręcz nie na miejscu.


Wracając do kryterium wyjątkowości – ma ono w moim wydaniu bardzo szerokie spektrum. Może to być możliwość nawiązania z kimś głębszej więzi. Odkrycie jakiejś nowej aktywności, miejsca, przełamanie strachu. Dowiedzenie się czegoś intrygującego – zawsze pytam ludzi co ciekawego ostatnio czytali lub oglądali, to bardzo mnie inspiruje. A reszta to już naturalna selekcja. Jeżeli spotkanie, pomimo moich świadomych starań okazuje się być niewypałem, to mogę spróbować kiedyś jeszcze raz, ale według powiedzenia „z pustego to i Salomon nie naleje” staram się nie spalać. Niespalanie się jest nieco problematyczne, ponieważ najczęściej musi zostać zaaplikowane w stosunku do osób rzeczy bądź aktywności, których termin przydatności już minął, a które są mi bliskie bo są takie znajome i łączy mnie z nimi wiele wspaniałych wspomnień. To ich najczęściej się uczepiam, mimo iż pogodziłam się z tym, że trzeba umieć odpuścić i pozwolić odejść i staram się to wprowadzać w moje życie. Dziękuję więc pięknie, kłaniam się nisko i co złego to nie ja.

Wednesday, 1 March 2017

Środa

Próbuję się skupić i coś napisać, chociaż wiem, że nie będę mogła jeszcze przez chwilę odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Właśnie za namową S. obejrzałam jeden odcinek „The Wire”. Powroty są męczące, ale i fascynujące. Jak to możliwe,ze jesteśmy w stanie tak mocno przepaść? Książki, seriale, filmy, piosenki, zapachy, dotyk.. Tyle jest sposobów na to żeby przenieść się w czasie i przestrzeni. Ile razy głęboko przeżywamy losy postaci, nierzadko fikcyjnej, razem z nią? Jak często niefizycznie podróżujemy wraz z bohaterami powieści?

Spacerując o poranku w kierunku hotelu, do którego chodzę na wodny aerobik, myślałam o tym jak w poście opiszę ten dziki płat zieleni przy naszym bloku. W głowie okładałam porównania, bo ten w większości kaktusowy busz, poprzetykany drobnymi kwiatkami i wszelkiego rodzaju chwastem, przypomina mi wakacje na wsi. Jest to związane również z obecnością kotów, które wygrzewają się bezczelnie na słońcu, kiedy ja mam do wykonania przeróżne obowiązki. Na wsi też było mnóstwo kotów – kierowników. Zjawiały się, jak bezszelestne cienie, w porze dojenia krów, czekając na swój przydział mleka.

To ciągłe podróżowanie w myślach jest czasochłonne i poświęcam temu mnóstwo energii. Począwszy od wspominania i roztrząsania, planowania i wyobrażania sobie rzeczy przyszłych, po snucie opowieści i wyobrażanie sobie rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły i nie wydarzą oraz udawanie rzeczy, w samotności lub z kimś. Dodatkowo od zawsze uwielbiałam czytać. Po wyjeździe z Polski przerzuciłam się stopniowo na książki napisane bądź przetłumaczone na angielski, ponieważ zależało mi na podszkoleniu języka. Dzisiaj zastanawiam się nad rozpoczęciem przygody z audiobookami – chciałabym poprawić swoją wymowę.

Jestem ledwo żywa. Być może przesadziłam planując sobie zakupowy maraton zaraz po aerobiku. Prawdziwe wyzwanie. Połączenie energicznego treningu - przy wtórze dopingujących okrzyków typu: „squeeze your bottocks, tummy in!”, wraz z przebiegnięciem całego domu handlowego, w którym muzyka zdecydowanie nie jest tłem do zakupów; w swoim natężeniu stanowczo jest panią pierwszego planu. Nie ukrywam jednak, że jestem z siebie dumna. Kupiłam jedynie 4 rzeczy (słownie: cztery). Dwie pary lekkich długich spodni, tunikę i sandały. Bardzo korzystnie, czym od razu pochwaliłam się S. („Tylko 7 euro za takie spodnie, czaisz? No ale czaisz?”). Odkąd jestem coraz bardziej świadoma swoich potrzeb, udaje mi się też odpowiednio dobierać lektury, które są w stanie nakierować mnie na dobre tory (czytaj szanować bardziej swoje ciało i przychody). Nie zawsze tak było, w związku z tym czuję się dobrze mogąc sobie pogratulować, że kupiłam tylko rzeczy z listy, ba, że miałam tę listę wcześniej przygotowaną.

Tylko śmieszy mnie to ile we mnie sprzeczności. Dbam o detale i szczegóły, chcę być świadoma i konsekwentna. Bo warto. I to prawda – warto wiedzieć kim się jest i co się lubi. Warto wiedzieć z czym się utożsamiamy. Ale jednocześnie w mgnieniu oka, po jednym akapicie przepadam z kretesem, jestem kimś innym, co skutkuje przepoczwarzeniem się w kogoś innego niż ta osoba, którą byłam wczoraj. Wplatam i przeplatam siebie z innymi, z fikcją, inspiracją, wszystko wedle mojej własnej interpretacji i potrafię z tego, miejmy nadzieję, wyjść bez uszczerbku na umyśle. Niektórzy ludzie to tacy stąpający twardo po ziemi z głowami wysoko w chmurach. To świetnie, że nie wydałam na zakupach całej wypłaty, ale jednocześnie jak to się ma do wydawania całego wieczornego czasu na śledzenie historii detektywa?


Jak to moja koleżanka z liceum pięknie napisała na klasówce z etyki: jedynym czego możemy być pewni są ciągłe zmiany. Klasówce? W liceum nigdy bym tak nie powiedziała. W liceum byłam cool i użyłabym słowa "sprawdzian".

Tuesday, 28 February 2017

Wtorek

Pod wpływem programu o Obsesyjno- Kompulsywnych Sprzątaczach (OCC) postanowiłam zrobić coś dla dobra ogółu i poodkurzać nasza klatkę. Mieszkamy w niewysokim bloku, który mieści kilka mieszkań i nieco więcej lokatorów, gdyż na każde mieszkanie przypada ich co najmniej dwoje. Wyjątkiem od tej reguły jest Marie. Pani Marie, lub jak kto woli po prostu Marie (zwracamy się do siebie po imieniu), jest mieszkającą samotnie i dostojnie piękną Maltanką w jesieni życia. Ma regularne rysy twarzy i cała jest okryta aureolą z ciepłego brązu, od starannie zafarbowanych włosów, poprzez oczy i skórę. To właśnie z Marie wymieniamy się okazyjnie liścikami i obdarowujemy się drobnymi upominkami.

Darzę sympatią wszystkich mieszkańców bloku. Jesteśmy dość międzynarodową gromadką. Lubię kiedy mijamy się na korytarzu serwując sobie uprzejmości. Cześć, jak się masz? Miłego dnia! Wesołych Świąt!

Nasz blok jest położony na małym wzniesieniu, dzięki czemu mamy daleki widok na morze. W dzień, w zależności od pory roku, można podziwiać – zimą - biel i róż chmur, a latem - błękit nieba zlewający się z błękitem morza. Natomiast upalną letnią nocą, dla złagodzenia wywołanej gorącem bezsenności, zamiast wyimaginowanych owieczek można liczyć na morzu maleńkie światełka, pod których złudnie malutkim blaskiem ukrywają się statki – olbrzymy.

Posprzątałam łazienkę i szafkę pod zlewozmywakiem w kuchni. Zamiast sprzątania klatki, w którym uprzedziła mnie Frida z dołu. Frida jest nieco młodsza od Marie. I jest jej zupełnym przeciwieństwem. W miejsce posągowej urody Marie, Frida jest drobniejsza i żwawsza. Nie ma długich loków Marie tylko krótką buńczuczną czarną czuprynę, a na jej twarzy zamiast łagodnego uśmiechu Marie, zawsze gości mówiący wiele ironiczny uśmieszek. Dzisiaj to właśnie on, a nie sama Frida, powiedział mi bez ogródek, ze tak naprawdę to nie miałam wcale zamiaru odkurzać klatki oraz, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi zwalając brudną robotę na Fridę.

S. pracował dzisiaj z domu. To niesamowite jak on się różnie zachowuje po dniu pracy w domu i dniu pracy w biurze. Jestem szczęściarą, bo ktoś kiedyś mi bliski, podarował mi wspaniała książkę pt. „Quiet”, która wspaniale wyjaśnia różnicę pomiędzy ekstrawertykami i introwertykami. Dużo się z niej o sobie dowiedziałam. Oboje z S. jesteśmy introwertykami, ale S. w przeciwieństwie do mnie dużo szybciej traci energię w kontaktach z innymi. Oczywiście jest to tylko moje nieobiektywne zdanie.

S. po całym dniu w biurze uwielbia zaszyć się w kuchni i ugotować coś pysznego. Następnie, po oszczędnej rozmowie przy kolacji, udaje się do, jak ja to nazywam - swojego kącika, lub jak on to nazywa – do swojej jaskini. Pracuje wtedy nad czymś w skupieniu lub ćwiczy granie na gitarze lub wiolonczeli.

Dla równowagi, kiedy S. pracuje z domu to po godzinach jest niezwykle jak na niego rozmowny. Nie odmówi nawet spontanicznemu spotkaniu towarzyskiemu, nawet jeżeli pracuje następnego dnia.

Nawiązując do „pracowania następnego dnia” - mam się świetnie nie musząc o tym myśleć i jednocześnie mniej się też tego boję. Odwiedziłam dzisiaj nowe biuro i jestem spokojniejsza. Strach i niepewność zamieniłam i zamierzam wciąż zamieniać na podekscytowanie i radość z powodu nowego wyzwania, które mnie czeka.


Przypominam sobie jak na początku stycznia powtarzałam sobie w kółko, ze „ta zima kiedyś musi minąć” i zaczynam sobie uświadamiać, ze to samospełniające się proroctwo realizuje się w tym momencie, teraz, już. Kolejna wiosna w życiu. Na zdrowie!  

Poniedziałek

Jedynym ratunkiem dla oszalałej gonitwy myśli mógłby być spacer i kawa w słońcu. Niestety, zostaliśmy uziemieni w naszych wynajmowanych czterech ścianach dzięki uprzejmości kuriera. Aż do czternastej. S. spokojnie grając na gitarze. A ja w akompaniamencie jego gitary oraz całej litanii kłopotliwych myśli.

Czy poradzę sobie w nowej pracy?
Jak to możliwe,ze znowu zaczynam nową pracę?
Czy wykorzystam dobrze ten wolny czas?
Skąd to napięcie i strach? Przecież jestem na urlopie.
Czy aby na pewno przesyłka na którą czekamy to paczka od mamy S.?
A jeżeli nie, to co to za paczka?
A co jeśli to nie przesyłka tylko czyjś głupi dowcip?
Właściwie to czemu kurier dzwonił do mnie a nie do S.?
Skąd niby miał mój numer?
I jak to możliwe,ze spóźnia się już trzy godziny?

To ostatnie pytanie od razu odrzuciłam, jako idiotyczne. Bo niby czemu maltański kurier miałby mieć inne poczucie czasu niż większość jego rodaków oraz ludzie, którzy mieszkają tu od kilku lat – przyznam się szczerze - włączając mnie. Nie ma się co spieszyć.

Szukając numeru tajemniczego kuriera w internecie, w celu ustalenia czy jest to numer reprezentanta szanowanej firmy kurierskiej, czy tez bezwzględnego żartownisia, który obiecując dowóz paczki, tak naprawdę, na długi czas zatrzymuje w domu niewinna ofiarę, sprawdziłam także swoja pocztę. Dzięki temu odkryłam, ze kurier ma mój numer od nadawcy tajemniczej przesyłki. Nadawca jest K., moja przyjaciółka z dzieciństwa, a paczka miała być niespodzianką, ale ponieważ utknęła - jak to napisała K. „gdzieś na środku morza” - to K. prosi mnie o potwierdzenie mojego adresu. Dzięki tej informacji, ostatnie minuty oczekiwania na kuriera upłynęły mi w radosnym podekscytowaniu.

Niespodzianka. Paczka od paczki. Album z pięknym Elvisem na okładce. W środku zdjęcia sąsiadów opisane najlepszymi życzeniami z okazji ślubu. Do tego płyta z największymi szlagierami króla rock and roll'a.

Gdy udało nam się wreszcie wyrwać z domu, to postanowiliśmy wybrać się do szpitala. Nadal będąc w szampańskim nastroju, zaszczepiliśmy się i ucięliśmy sobie pogawędkę z pielęgniarzem, który opowiedział nam o tym jak ciężko rozchorował się będąc na wolontariacie w Kenii. Zupełnie tego nieświadomy, był nosicielem choroby już przed wyjazdem, jednak uaktywniła się dopiero po wyjeździe. Niestety nie udało nam się dowiedzieć o jaka chorobę chodziło. Historia ta nie wpłynęła na obniżenie naszego nastroju i nie wywołała u mnie żadnych myśli pt. czy złapiemy coś na Sri Lance? Ewentualnie - czy jakieś nasze choroby uaktywnia się podczas podroży? Poczułam, ze mam nad sobą kontrole i że strach chwilowo przymknął na mnie swoje wielkie oczy.

Czułam się tak niezmiennie, nawet kiedy okazało się, ze czekamy na prom do Valletty, który nigdy nie nadpłynie i musieliśmy zmienić środek lokomocji na dużo mniej atrakcyjny autobus. Natomiast przestałam czuć cokolwiek i moje poczucie kontroli kompletnie się rozwiało, w momencie kiedy uświadomiliśmy sobie,ze karnawał trwa w najlepsze. Najpierw dotarł do nas ogromny hałas kilku imprezowych kawałków granych naraz, a później zostaliśmy zalani bezkształtna masa ludzi, w kostiumach i bez.

Koszmar, choć słodko gorzki, bo muszę przyznać, że niektóre kostiumy, w szczególności kostiumy maluchów, były przeurocze. Wypatrzyłam malutkiego Kubusia Puchatka i piękne, choć niewielkie, księżniczki-Calineczki.

To bajkowe otoczenie uprzytomniły mi też, jak bardzo dźwięk, który wydaje S. zaciągając się swoim elektronicznym papierosem, przypomina mi o gąsienicy z Alicji z Krainy Czarów.

Gdzieś tam chciałabym Was zabrać. Opisując kształty i kolory chmur i dźwięki, jakie wydaje morze gdy rozbija się o brzeg. Pokazać Wam te uliczki pełne umiejscowionych blisko siebie kolorowych balkonów, wyglądające niczym wycięte z ilustracji do książek dla dzieci. I te zniszczone, zakurzone zakątki, które dzień w dzień, w drodze do pracy, przenosiły mnie w myślach do starej Barcelony z książek Zafona.

Tymczasem napisałam o kurierze i paczce. Nie poświęcając ani jednego zdania na opisanie tego jak zgrabnie kot, którego widziałam z okna autobusu, zeskoczył z dachu i pospiesznie zniknął w zaroślach opuszczonej willi na Rue Dargens.


Pierwszy dzień urlopu uważam za zamknięty.