Sunday, 23 July 2017

Niedzielna szpila i o co chodzi Fridzie?

Jak to, na moje nieszczęście, mawiają do siebie moi rodzice: „bo Tobie chodzi tylko o to, żeby mi szpilę wbić”...

Frida wszystko wie. Frida bardzo dużo chodzi. Frida bardzo dużo dźwiga. Frida zawsze uraczy Cię dobrą radą. A przynajmniej dobrą, w jej mniemaniu.

Odkąd relacja z Marie się zintensyfikowała; do miłych liścików wrzucanych do jej skrzynki przy okazji uiszczania drobnych opłat związanych z administracją budynku, doszły także okazjonalne małe prezenciki; to Frida poczuła przemożną potrzebę zaangażowania się w sąsiedzkie relacje.

Słodki i nieinwazyjny styl Marie, który tak podoba się mojemu S. (który zresztą sam jest także uroczy i uprzejmy i nigdy się nikomu nie narzuca) kompletnie zbladł przy bezczelnym „wożeniu się” Fridy. Tak, Frida się wozi.

Podejrzewam, że wszystko rozpoczęło się w Walentynki. Marie bardzo ujęła mnie tym, że zawsze zostawia wszystkim sąsiadom kartki z życzeniami z okazji świąt. Z racji tego, że nie byłam usatysfakcjonowana naszą odpowiedzią na jej kartkę bożonarodzeniową; do zwykłego liściku dołączyliśmy jedynie malutkiego zielonego renifera z filcu, to postanowiłam zaskoczyć ją jakąś małą niespodzianką. I teraz uwaga, zasady gry, choć do tej pory niepisane, są proste i precyzyjnie określone. Kartki i upominki są ZAWSZE kartkami i upominkami okolicznościowymi. Tyczy się to wszelakich świąt, kiedy elegancko jest życzyć odpowiednio „smacznego jajka”, „szczęśliwego Nowego Roku” etc. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest moment płacenia za światło w budynku – powszechnie zaakceptowane jako okazja do podrzucenia podziękowania dla Marie, za zajmowanie się administracją budynku. Upominki i kartki są zawsze dyskretnie podrzucane. Nigdy ale to przenigdy, nie czeka się na Marie na korytarzu, a tym bardziej nie puka się do drzwi żeby wręczyć jej kartkę czy upominek. Ponadto kartki i upominki muszę być drobne. Nie wypada przesadzić i podrzucić coś co spowodowałoby, że druga strona poczuje się w jakikolwiek sposób zobowiązana.

Nie czekając na Wielkanoc, postanowiłam zaskoczyć Marie małym pudełeczkiem czekoladek z okazji Walentynek. Wiem, odrobinę bezczelna idea, ale miałam ogromną ochotę zrobić dla niej coś miłego. Stwierdziłam więc, że jakby się uprzeć to mieści się w kanonach naszej relacji. Ledwo, ale się mieści.
Na moje szczęście, Marie była zachwycona, dziękując mi na klatce, powiedziała, że była totalnie zaskoczona i że czekoladki są główną ozdobą jej ławy.
Ucieszona swoim sukcesem, zamiast nudnej kartki, na Wielkanoc podrzuciłam żółtego kwiatka w malutkiej doniczce. Bardzo spodobał się Marie i wylądował na ławie, zaraz obok czekoladek.
Ponieważ na naszej małej klatce ściany mają uszy, a wieści szybko się rozchodzą, to niemalże od Walentynek poczułam, że coś zaczyna się zmieniać. Frida zaczęła ze mną rozmawiać.
Nie mam nic przeciwko miłej sąsiedzkiej pogawędce. Wręcz przeciwnie, było mi bardzo miło zostać obdarzoną zainteresowaniem Fridy. Ale jej było mało i nie przejmując się klatkowym savoir-vivre'm zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce.

Pewnego dnia, myjąc naczynia w kuchni, usłyszałam stanowcze pukanie do drzwi. Niezapowiedziane wizyty są w naszym domu rzadkością, więc nadstawiłam uszu, kiedy S. powoli skierował się w stronę drzwi. Chwilę później usłyszałam ożywiony głos Fridy, która stwierdziła coś rzeczowo w kliku słowach i odgłos zamykanych drzwi. Z relacji S. wynikało, że Frida, łamiąc absolutnie wszystkie kanony naszej klatki, WPADŁA sobie do nas nie tylko BEZ OKAZJI , ale i z wiadomością, że jestem dla swojego męża „najlepszą i najsłodszą żoną na świecie” ale także z prezentem w postaci WIELKIEGO soczystego melona.

Nie powiem. Przyjemnie mnie to połaskotało. I gdzie tu szpila? Otóż, dowiadując się dosłownie o dzień wcześniej od Marie o tym, że się pobraliśmy kilka miesięcy temu (nie trzymaliśmy tego w sekrecie, po prostu nie było okazji, żeby o tym wspomnieć przy okazji rzadkich i krótkich pogawędek na klatce czy przed budynkiem), a zapytana przez Marie czy o tym już wcześniej wiedziała, skinęła głową z nabożną miną, kogoś kto musiał długo utrzymywać w tajemnicy bardzo ważny sekret. Byliśmy wtedy wszyscy w czwórkę na zewnątrz; w sumie w piątkę, bo towarzyszył nam rudy kot, wygrzewający się na murku i S. co prawda od razu dopowiedział z przepraszającym uśmiechem, że owszem Frida się dowiedziała wcześniej, ale tylko o dzień lub dwa, ale co się stało to się nie odstanie, i kot nam świadkiem, że Frida pokazała, kto rządzi na klatce. Marie westchnęła tylko żartobliwie, że to nie fair i wszyscy się rozeszliśmy.

Zabawne jak często robimy te same rzeczy, ale dla innych celów. Albo, że robimy coś nie dla tego, że jest to wartością samą w sobie, tylko po to, żeby coś dzięki temu osiągnąć.


A co do „wożenia się” to okazuje się, że jestem na to za słaba w uszach. Spróbowałam i właśnie przez to teraz jestem kłębkiem nerwów niecieszącym się na nadchodzące kolejne dwa tygodnie urlopu, czy raczej przerwy pomiędzy nową a starą pracą..

Najlepsze są rozmowy prowadzone samemu ze sobą.

Najlepsze są rozmowy, które prowadzę sama ze sobą. Najlepsze są rozmowy, które się prowadzi samemu ze sobą. Najlepsze..

Mam problem z tym żeby pisać i mówić jasno i przejrzyście. Zapominam, że czytelnik czy rozmówca, nie ma wglądu do mojego toru myślenia i nie jest w stanie domyślić się co chcę mu przekazać. Wypominam sobie moją porywczość i chaotyczność, a w przypadku rozmowy, także nadużywania gestykulacji. Do tego dochodzą błędy językowe, które zniekształcają moje komunikaty. Jest mi często za siebie wstyd.

Pod wpływem stresu zaczynam mówić głośniej i szybciej. Tak samo pod wpływem ekscytacji czy wzruszenia. Czasami chciałabym móc otworzyć magiczny portal lub użyć niezwykle zaawansowanego komunikatora, który pochłaniając moje emocje, przetworzyłby je na wiadomość. Wiadomość idealną. Warunkiem takiego idealnego przekazu musiałaby być personalizacja. Musiałby bazować na osobistych wspomnieniach słuchacza, czytelnika czy widza. Najlepiej na wspomnieniach nieświadomych, które wprawiłyby odbiorcę w osłupienie, sprawiłyby żeby poczuł się zrozumiany, dotknięty, wysłuchany, nie wiedząc właściwie czemu. Wiadomość idealna wytworzyłaby to chwilowe połączenie, które raz nawiązane nigdy nie może być zerwane.


Staram się. Próbuję unikać niedopowiedzeń. Zwalniam, bo wiem, że w pędzie gubię kluczowe słowa. Jednocześnie nieuniknionym jest fakt, że muszę zrobić coś z tą energią. Z tym chaosem, który we mnie siedzi. W tym bałaganie myśli jest jakiś wzór. Ten ogień mógłby ogrzać wiele serc. I mimo, że często w siebie wątpię i zdaję sobie sprawę ze swoich ograniczeń to chciałabym kontynuować. Dlaczego? Bo dobra historia jest wszystkim. Bo słowa mają ogromną moc. Cóż z tego, że nie jestem mistrzem tego oręża. Nic nie stoi na przeszkodzie żebym nie ustawała w walce o lepsze umiejętności.        

Kiedy niedziela jest sobotą

Nie piszę teraz dlatego, że czuję, że w tym właśnie momencie jakaś bardzo ważna myśl odseparowała się od grona innych, mniej ważnych, i jak kamyk rzucony do rzeki, sprowokowała utworzenie się na jeziorze mojego umysłu delikatne wibrujące kółeczka natchnienia. Nie wierzę w to więcej.

Nie jem w momencie poczucia głodu, dlatego, że jakaś magiczna siła instynktu sama z siebie mnie do tego popycha. Mimo, że ignorancja zakrywa mi mądrość procesów trawiennych i przetwarzania energii w ciele, to wiem, że można obliczyć co do minuty kiedy organizm wyśle sygnał o tym, że czas uzupełnić zapasy. 

Nic nie dzieje się samo z siebie. Obdarzeni siłą sprawczą, malutcy wielcy giganci. Czyż to nie jest fascynujące być takim słabym? Móc być zdmuchniętym jak okruszek ciasta, po którym nikt nie będzie rozpaczał? A jednocześnie być takim wielkim, że poddają się Tobie żywioły? Że latasz gdzie chcesz żelaznym ptakiem i wprawiasz w osłupienie lokalną faunę wyprawiając sobie kolorowe pioruny na zawołanie na niebie. Czuję się z tym nieswojo i dumnie jednocześnie.

Zanim przyszło zrozumienie. Zanim przyjdzie większe zrozumienie. Jaki jest właściwie cel tego wszystkiego oprócz rozwoju i ewoluowania, poznawania siebie bardziej? Ano właśnie cel jest taki jaki zostanie nam przydzielony, przez nas ustalony, wybrany, pokochany. I czyż to nie jest piękne?

Nie chcę, odmawiam, zostaję tu gdzie jestem teraz. Winna. Przyznaję się do takiego zachowania, nieświadomie, półświadomie, świadomie. Niczego nie żałuję, chociaż ciekawi mnie trochę, kim mogłaby być tamta Ola. Aleksandra. Mądrzejsza, pewniejsza siebie, spokojniejsza. Szybciej, wcześniej, bez bagażu. Ale oto tutaj jestem. Wgapiam się bez wyrzutów sumienia w ten piękny niebieski (a może indygo?) morza. I czuję jak mnie unosi ze sobą ta fala flow o której wyczytałam w książkach. I myślami wracam to tego cytatu z jeszcze innej książki i przychodzi zrozumienie i spokój. A w tym spokoju powracają lektury minionych lat. Momenty nad książkami, czysta czytelnicza radość. Tyle się nauczyć, tyle poznać „zobaczyć”.

Napisałam parę zdań, bo zdecydowałam, że usiądę i je napiszę. To ja kieruję siłą sprawczą. Nawet kiedy wydaje się, że jesteśmy tylko paproszkiem motanym przez wydarzenia życiowe na różne strony, to i tak zawsze mamy wybór reakcji. To my decydujemy jak się zachowamy kiedy przychodzi nam zderzyć się czołem z czymś na co nie mamy wpływu. I w to wierzę.

Piszę dlatego, że tak zadecydowałam ja sama. I ja sama tę decyzję podjętą przez siebie wprowadziłam w życie poprzez czynność.


Niedziela jest sobotą, bo w poniedziałek jest święto i jest wolne. Dzięki temu mamy długi weekend. Pomimo ogromnego szacunku do wszystkich autorów i uznania, że dzięki czytaniu moje życie zmienia się co dnia, muszę przyznać, że nasze własne historie uczą mocniej..

Według Mamy, w niedzielę nie można włączać pralki, czy sprzątać, ponieważ niedziela jest ZAWSZE niedzielą. Dniem w którym idzie się do kościoła i w którym się odpoczywa. Nie muszę chyba dopisywać ile perwersyjnej radości sprawia mi fakt, że właśnie, że można... Można tworzyć własne definicje niedzieli. Polecam.