Jak to, na moje
nieszczęście, mawiają do siebie moi rodzice: „bo Tobie chodzi
tylko o to, żeby mi szpilę wbić”...
Frida wszystko wie. Frida
bardzo dużo chodzi. Frida bardzo dużo dźwiga. Frida zawsze uraczy
Cię dobrą radą. A przynajmniej dobrą, w jej mniemaniu.
Odkąd relacja z Marie
się zintensyfikowała; do miłych liścików wrzucanych do jej
skrzynki przy okazji uiszczania drobnych opłat związanych z
administracją budynku, doszły także okazjonalne małe prezenciki;
to Frida poczuła przemożną potrzebę zaangażowania się w
sąsiedzkie relacje.
Słodki i nieinwazyjny
styl Marie, który tak podoba się mojemu S. (który zresztą sam
jest także uroczy i uprzejmy i nigdy się nikomu nie narzuca)
kompletnie zbladł przy bezczelnym „wożeniu się” Fridy. Tak,
Frida się wozi.
Podejrzewam, że wszystko
rozpoczęło się w Walentynki. Marie bardzo ujęła mnie tym, że
zawsze zostawia wszystkim sąsiadom kartki z życzeniami z okazji
świąt. Z racji tego, że nie byłam usatysfakcjonowana naszą
odpowiedzią na jej kartkę bożonarodzeniową; do zwykłego liściku
dołączyliśmy jedynie malutkiego zielonego renifera z filcu, to
postanowiłam zaskoczyć ją jakąś małą niespodzianką. I teraz
uwaga, zasady gry, choć do tej pory niepisane, są proste i
precyzyjnie określone. Kartki i upominki są ZAWSZE kartkami i
upominkami okolicznościowymi. Tyczy się to wszelakich świąt,
kiedy elegancko jest życzyć odpowiednio „smacznego jajka”,
„szczęśliwego Nowego Roku” etc. Jedynym wyjątkiem od tej
zasady jest moment płacenia za światło w budynku – powszechnie
zaakceptowane jako okazja do podrzucenia podziękowania dla Marie, za
zajmowanie się administracją budynku. Upominki i kartki są zawsze
dyskretnie podrzucane. Nigdy ale to przenigdy, nie czeka się na
Marie na korytarzu, a tym bardziej nie puka się do drzwi żeby
wręczyć jej kartkę czy upominek. Ponadto kartki i upominki muszę
być drobne. Nie wypada przesadzić i podrzucić coś co
spowodowałoby, że druga strona poczuje się w jakikolwiek sposób
zobowiązana.
Nie czekając na
Wielkanoc, postanowiłam zaskoczyć Marie małym pudełeczkiem
czekoladek z okazji Walentynek. Wiem, odrobinę bezczelna idea, ale
miałam ogromną ochotę zrobić dla niej coś miłego. Stwierdziłam
więc, że jakby się uprzeć to mieści się w kanonach naszej
relacji. Ledwo, ale się mieści.
Na moje szczęście, Marie
była zachwycona, dziękując mi na klatce, powiedziała, że była
totalnie zaskoczona i że czekoladki są główną ozdobą jej ławy.
Ucieszona swoim sukcesem,
zamiast nudnej kartki, na Wielkanoc podrzuciłam żółtego kwiatka w
malutkiej doniczce. Bardzo spodobał się Marie i wylądował na
ławie, zaraz obok czekoladek.
Ponieważ na naszej małej
klatce ściany mają uszy, a wieści szybko się rozchodzą, to
niemalże od Walentynek poczułam, że coś zaczyna się zmieniać.
Frida zaczęła ze mną rozmawiać.
Nie mam nic przeciwko miłej
sąsiedzkiej pogawędce. Wręcz przeciwnie, było mi bardzo miło
zostać obdarzoną zainteresowaniem Fridy. Ale jej było mało i nie
przejmując się klatkowym savoir-vivre'm zdecydowała się wziąć
sprawy w swoje ręce.
Pewnego dnia, myjąc
naczynia w kuchni, usłyszałam stanowcze pukanie do drzwi.
Niezapowiedziane wizyty są w naszym domu rzadkością, więc
nadstawiłam uszu, kiedy S. powoli skierował się w stronę drzwi.
Chwilę później usłyszałam ożywiony głos Fridy, która
stwierdziła coś rzeczowo w kliku słowach i odgłos zamykanych
drzwi. Z relacji S. wynikało, że Frida, łamiąc absolutnie
wszystkie kanony naszej klatki, WPADŁA sobie do nas nie tylko BEZ
OKAZJI , ale i z wiadomością, że jestem dla swojego męża
„najlepszą i najsłodszą żoną na świecie” ale także z
prezentem w postaci WIELKIEGO soczystego melona.
Nie powiem. Przyjemnie mnie
to połaskotało. I gdzie tu szpila? Otóż, dowiadując się
dosłownie o dzień wcześniej od Marie o tym, że się pobraliśmy
kilka miesięcy temu (nie trzymaliśmy tego w sekrecie, po prostu nie
było okazji, żeby o tym wspomnieć przy okazji rzadkich i krótkich
pogawędek na klatce czy przed budynkiem), a zapytana przez Marie czy
o tym już wcześniej wiedziała, skinęła głową z nabożną miną,
kogoś kto musiał długo utrzymywać w tajemnicy bardzo ważny
sekret. Byliśmy wtedy wszyscy w czwórkę na zewnątrz; w sumie w
piątkę, bo towarzyszył nam rudy kot, wygrzewający się na murku i
S. co prawda od razu dopowiedział z przepraszającym uśmiechem, że
owszem Frida się dowiedziała wcześniej, ale tylko o dzień lub
dwa, ale co się stało to się nie odstanie, i kot nam świadkiem,
że Frida pokazała, kto rządzi na klatce. Marie westchnęła tylko
żartobliwie, że to nie fair i wszyscy się rozeszliśmy.
Zabawne jak często robimy
te same rzeczy, ale dla innych celów. Albo, że robimy coś nie dla
tego, że jest to wartością samą w sobie, tylko po to, żeby coś
dzięki temu osiągnąć.
A co do „wożenia się”
to okazuje się, że jestem na to za słaba w uszach. Spróbowałam i
właśnie przez to teraz jestem kłębkiem nerwów niecieszącym się
na nadchodzące kolejne dwa tygodnie urlopu, czy raczej przerwy
pomiędzy nową a starą pracą..