Spędzony samotnie w czterech ścianach.
Mam tak, że od czasu do czasu muszę się zaszyć. Tak, odczuwam z
tego powodu wyrzuty sumienia. Zwłaszcza kiedy jest piękna pogoda.
Lub kiedy wiąże się to odmówieniem komuś spotkania.
Wiem też, ze muszę się pilnować.
Jeżeli mam zaplanowane jedno spotkanie towarzyskie w sobotę i
jeszcze kawę z dziewczynami w niedzielę, to oddycham z ulgą kiedy
kolejne spotkanie zostaje przeniesione z poniedziałku na czwartek.
Taką mam już naturę. Spotykanie się z ludźmi jest dla mnie
męczące. Bardzo lubię ludzi. Czekam zawsze z podekscytowaniem na
głębokie rozmowy, najlepiej w niewielkim gronie. Jednak nie mogę
zapominać, ze muszę ostro kalkulować ile jestem w stanie
wydatkować energii.
Ja nie chadzam, a przynajmniej od kiedy
jestem tego świadoma, to staram się nie chadzać, na zwyczajne
kawy, kolacje, spacery, czy video rozmowy na skype. Zazwyczaj kończą
się dla mnie rozczarowaniem. Skoro wiem, że każde takie spotkanie
to dla mnie wydatek energetyczny, to staram się wybierać tylko te,
które uważam za naprawdę wyjątkowe. A co jest moim kryterium
wyjątkowości? Ludzie? Miejsce? Aktywność?
Długo nie mogłam zrozumieć różnicy
pomiędzy mną, a moją przyjaciółka. Podczas kiedy jej
było to obojętne czy wokoło ktoś się kręci czy nie, i wręcz
czasem o tę obecność zabiegała, to dla mnie bycie z kimś bez
przerwy było bardzo frustrujące. Nie muszę chyba dodawać, że
dyskomfort wzrastał wprost proporcjonalnie do ilości osób w
pobliżu.
Dlaczego się tak dzieje? Oczywiście,
nie chcę generalizować. Każdy czasem potrzebuje chwili wytchnienia
w samotności i każdy czasem potrzebuje obok drugiej osoby. Tylko
czy każdy, tak samo jak ja, tę osobę obok utożsamia z
realizowaniem poczucia bliskości? Oj chyba nie. Ekstrawertycy nie na
darmo maja mnóstwo określeń na socjalizowanie się.
„lets hang out”
„lets grab a beer”
„wyskoczmy na drinka”
„wpadnij do mnie”
Spotkania są po prostu towarzyskimi
spotkaniami, jakich odbywa się tysiące w ciągu swojego życia. Są
tematem do rozmów przez kilka pierwszych dni i odchodzą w
niepamięć. Z biegiem czasu zauważyłam, że bardzo mi to nie
odpowiada; że zawsze szukam jakichś długofalowych korzyści kiedy
spotykam się z innymi. Po odkryciu, że po pierwsze - kosztuje mnie
to mnóstwo energii, po drugie - nieczęsto wyprowadza z emocjonalnej
równowagi oraz po trzecie - zagłusza moje poczucie świadomości,
stwierdziłam, że jest to sprawiedliwe podejście do tematu. Skoro
tyle w to inwestuję, to moje oczekiwania maja prawo być wysokie. Z
drugiej strony, dla kogoś kto ma ochotę jedynie wspólnie się
poszwendać, moja potrzeba wyjścia poza small talk może być
irytująca czy wręcz nie na miejscu.
Wracając do kryterium wyjątkowości –
ma ono w moim wydaniu bardzo szerokie spektrum. Może to być
możliwość nawiązania z kimś głębszej więzi. Odkrycie jakiejś
nowej aktywności, miejsca, przełamanie strachu. Dowiedzenie się
czegoś intrygującego – zawsze pytam ludzi co ciekawego ostatnio
czytali lub oglądali, to bardzo mnie inspiruje. A reszta to już
naturalna selekcja. Jeżeli spotkanie, pomimo moich świadomych
starań okazuje się być niewypałem, to mogę spróbować kiedyś
jeszcze raz, ale według powiedzenia „z pustego to i Salomon nie
naleje” staram się nie spalać. Niespalanie się jest nieco
problematyczne, ponieważ najczęściej musi zostać zaaplikowane w
stosunku do osób rzeczy bądź aktywności, których termin
przydatności już minął, a które są mi bliskie bo są takie znajome i łączy mnie z nimi wiele wspaniałych wspomnień. To ich najczęściej się uczepiam, mimo
iż pogodziłam się z tym, że trzeba umieć odpuścić i pozwolić
odejść i staram się to wprowadzać w moje życie. Dziękuję więc pięknie, kłaniam się nisko i co złego to nie ja.
No comments:
Post a Comment