Tuesday, 28 February 2017

Wtorek

Pod wpływem programu o Obsesyjno- Kompulsywnych Sprzątaczach (OCC) postanowiłam zrobić coś dla dobra ogółu i poodkurzać nasza klatkę. Mieszkamy w niewysokim bloku, który mieści kilka mieszkań i nieco więcej lokatorów, gdyż na każde mieszkanie przypada ich co najmniej dwoje. Wyjątkiem od tej reguły jest Marie. Pani Marie, lub jak kto woli po prostu Marie (zwracamy się do siebie po imieniu), jest mieszkającą samotnie i dostojnie piękną Maltanką w jesieni życia. Ma regularne rysy twarzy i cała jest okryta aureolą z ciepłego brązu, od starannie zafarbowanych włosów, poprzez oczy i skórę. To właśnie z Marie wymieniamy się okazyjnie liścikami i obdarowujemy się drobnymi upominkami.

Darzę sympatią wszystkich mieszkańców bloku. Jesteśmy dość międzynarodową gromadką. Lubię kiedy mijamy się na korytarzu serwując sobie uprzejmości. Cześć, jak się masz? Miłego dnia! Wesołych Świąt!

Nasz blok jest położony na małym wzniesieniu, dzięki czemu mamy daleki widok na morze. W dzień, w zależności od pory roku, można podziwiać – zimą - biel i róż chmur, a latem - błękit nieba zlewający się z błękitem morza. Natomiast upalną letnią nocą, dla złagodzenia wywołanej gorącem bezsenności, zamiast wyimaginowanych owieczek można liczyć na morzu maleńkie światełka, pod których złudnie malutkim blaskiem ukrywają się statki – olbrzymy.

Posprzątałam łazienkę i szafkę pod zlewozmywakiem w kuchni. Zamiast sprzątania klatki, w którym uprzedziła mnie Frida z dołu. Frida jest nieco młodsza od Marie. I jest jej zupełnym przeciwieństwem. W miejsce posągowej urody Marie, Frida jest drobniejsza i żwawsza. Nie ma długich loków Marie tylko krótką buńczuczną czarną czuprynę, a na jej twarzy zamiast łagodnego uśmiechu Marie, zawsze gości mówiący wiele ironiczny uśmieszek. Dzisiaj to właśnie on, a nie sama Frida, powiedział mi bez ogródek, ze tak naprawdę to nie miałam wcale zamiaru odkurzać klatki oraz, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi zwalając brudną robotę na Fridę.

S. pracował dzisiaj z domu. To niesamowite jak on się różnie zachowuje po dniu pracy w domu i dniu pracy w biurze. Jestem szczęściarą, bo ktoś kiedyś mi bliski, podarował mi wspaniała książkę pt. „Quiet”, która wspaniale wyjaśnia różnicę pomiędzy ekstrawertykami i introwertykami. Dużo się z niej o sobie dowiedziałam. Oboje z S. jesteśmy introwertykami, ale S. w przeciwieństwie do mnie dużo szybciej traci energię w kontaktach z innymi. Oczywiście jest to tylko moje nieobiektywne zdanie.

S. po całym dniu w biurze uwielbia zaszyć się w kuchni i ugotować coś pysznego. Następnie, po oszczędnej rozmowie przy kolacji, udaje się do, jak ja to nazywam - swojego kącika, lub jak on to nazywa – do swojej jaskini. Pracuje wtedy nad czymś w skupieniu lub ćwiczy granie na gitarze lub wiolonczeli.

Dla równowagi, kiedy S. pracuje z domu to po godzinach jest niezwykle jak na niego rozmowny. Nie odmówi nawet spontanicznemu spotkaniu towarzyskiemu, nawet jeżeli pracuje następnego dnia.

Nawiązując do „pracowania następnego dnia” - mam się świetnie nie musząc o tym myśleć i jednocześnie mniej się też tego boję. Odwiedziłam dzisiaj nowe biuro i jestem spokojniejsza. Strach i niepewność zamieniłam i zamierzam wciąż zamieniać na podekscytowanie i radość z powodu nowego wyzwania, które mnie czeka.


Przypominam sobie jak na początku stycznia powtarzałam sobie w kółko, ze „ta zima kiedyś musi minąć” i zaczynam sobie uświadamiać, ze to samospełniające się proroctwo realizuje się w tym momencie, teraz, już. Kolejna wiosna w życiu. Na zdrowie!  

No comments:

Post a Comment