Jedynym
ratunkiem dla oszalałej gonitwy myśli mógłby być spacer i kawa w
słońcu. Niestety, zostaliśmy uziemieni w naszych wynajmowanych
czterech ścianach dzięki uprzejmości kuriera. Aż do czternastej.
S. spokojnie grając na gitarze. A ja w
akompaniamencie jego gitary oraz całej litanii kłopotliwych myśli.
Czy poradzę
sobie w nowej pracy?
Jak to
możliwe,ze znowu zaczynam nową pracę?
Czy wykorzystam
dobrze ten wolny czas?
Skąd to
napięcie i strach? Przecież jestem na urlopie.
Czy aby na
pewno przesyłka na którą czekamy to paczka od mamy S.?
A jeżeli nie,
to co to za paczka?
A co jeśli to
nie przesyłka tylko czyjś głupi dowcip?
Właściwie to
czemu kurier dzwonił do mnie a nie do S.?
Skąd niby miał
mój numer?
I jak to
możliwe,ze spóźnia się już trzy godziny?
To ostatnie
pytanie od razu odrzuciłam, jako idiotyczne. Bo niby czemu maltański
kurier miałby mieć inne poczucie czasu niż większość jego
rodaków oraz ludzie, którzy mieszkają tu od kilku lat – przyznam
się szczerze - włączając mnie. Nie ma się co spieszyć.
Szukając
numeru tajemniczego kuriera w internecie, w celu ustalenia czy jest
to numer reprezentanta szanowanej firmy kurierskiej, czy tez
bezwzględnego żartownisia, który obiecując dowóz paczki, tak
naprawdę, na długi czas zatrzymuje w domu niewinna ofiarę,
sprawdziłam także swoja pocztę. Dzięki temu odkryłam, ze kurier
ma mój numer od nadawcy tajemniczej przesyłki. Nadawca jest K.,
moja przyjaciółka z dzieciństwa, a paczka miała być
niespodzianką, ale ponieważ utknęła - jak to napisała K. „gdzieś
na środku morza” - to K. prosi mnie o potwierdzenie mojego adresu.
Dzięki tej informacji, ostatnie minuty oczekiwania na kuriera
upłynęły mi w radosnym podekscytowaniu.
Niespodzianka. Paczka od
paczki. Album z pięknym Elvisem na okładce. W środku zdjęcia
sąsiadów opisane najlepszymi życzeniami z okazji ślubu. Do tego
płyta z największymi szlagierami króla rock and roll'a.
Gdy udało nam się wreszcie wyrwać z domu, to postanowiliśmy wybrać się do szpitala. Nadal będąc
w szampańskim nastroju, zaszczepiliśmy się i ucięliśmy sobie
pogawędkę z pielęgniarzem, który opowiedział nam o tym jak
ciężko rozchorował się będąc na wolontariacie w Kenii. Zupełnie tego nieświadomy, był nosicielem choroby już przed
wyjazdem, jednak uaktywniła się dopiero po wyjeździe. Niestety nie
udało nam się dowiedzieć o jaka chorobę chodziło. Historia ta
nie wpłynęła na obniżenie naszego nastroju i nie wywołała u
mnie żadnych myśli pt. czy złapiemy coś na Sri Lance?
Ewentualnie - czy jakieś nasze choroby uaktywnia się podczas
podroży? Poczułam, ze mam nad sobą kontrole i że strach chwilowo przymknął na mnie swoje wielkie oczy.
Czułam się
tak niezmiennie, nawet kiedy okazało się, ze czekamy na prom do
Valletty, który nigdy nie nadpłynie i musieliśmy zmienić środek
lokomocji na dużo mniej atrakcyjny autobus. Natomiast przestałam
czuć cokolwiek i moje poczucie kontroli kompletnie się rozwiało, w
momencie kiedy uświadomiliśmy sobie,ze karnawał trwa w najlepsze.
Najpierw dotarł do nas ogromny hałas kilku imprezowych kawałków
granych naraz, a później zostaliśmy zalani bezkształtna masa
ludzi, w kostiumach i bez.
Koszmar, choć
słodko gorzki, bo muszę przyznać, że niektóre kostiumy, w
szczególności kostiumy maluchów, były przeurocze. Wypatrzyłam malutkiego Kubusia Puchatka i piękne, choć niewielkie,
księżniczki-Calineczki.
To bajkowe otoczenie uprzytomniły mi też, jak bardzo dźwięk, który wydaje S.
zaciągając się swoim elektronicznym papierosem, przypomina mi o gąsienicy z Alicji z Krainy Czarów.
Gdzieś tam
chciałabym Was zabrać. Opisując kształty i kolory chmur i
dźwięki, jakie wydaje morze gdy rozbija się o brzeg. Pokazać Wam
te uliczki pełne umiejscowionych blisko siebie kolorowych balkonów,
wyglądające niczym wycięte z ilustracji do książek dla dzieci. I
te zniszczone, zakurzone zakątki, które dzień w dzień, w drodze
do pracy, przenosiły mnie w myślach do starej Barcelony z książek
Zafona.
Tymczasem
napisałam o kurierze i paczce. Nie poświęcając ani jednego zdania
na opisanie tego jak zgrabnie kot, którego widziałam z okna
autobusu, zeskoczył z dachu i pospiesznie zniknął w zaroślach
opuszczonej willi na Rue Dargens.
Pierwszy dzień
urlopu uważam za zamknięty.
No comments:
Post a Comment